Credo quia absurdum
Ale oczywiście tak być nie musi. Naukowcy i politycy nie tylko wykazują niezwykłe umiejętności obserwatorskie, lecz również reformatorskie, choć może określenie rewolucyjne jest w tym przypadku bardziej adekwatne. Wystarczy bowiem, że rządy przeznaczą na walkę z globalnym ociepleniem 1% światowego PKB, ograniczając emisję odpowiedzialnego za całe zamieszanie CO2 i problem zostanie rozwiązany. W przypadku braku jakichkolwiek działań koszty wzrosną w przybliżeniu do 20% światowego PKB, czyli, jak nietrudno zauważyć, 20-krotnie.
Hans Herman Hoppe w trakcie dyskusji z jednym ze zwolenników twierdzenia „za mało miejsca na świecie, za dużo ludzi”, czyli tzw. maltuzjanizmu, wyraził opinię, że ów człowiek częściowo pomoże rozwiązać problem, jeżeli zdecyduje się popełnić samobójstwo. Oczywiście dyskutant nie poznał się na prostocie i błyskotliwości tego rozwiązania, istotę problemu widząc poza własnym jestestwem, w innych ludziach.
Bardzo podobnie sprawa ma się ze zwolennikami teorii globalnego ocieplenia. Załóżmy, że mamy do czynienia z działaniem matematycznym, w którym znamy tylko wynik. Oczywistym jest, że w takiej sytuacji możemy dowolnie dopasować liczby, jeżeli tylko obie strony działania będą sobie równe. Wynikiem w sprawie globalnego ocieplenia jest jego istnienie. Dopasowywaniem danych zajmują się finansowane przez rządy instytucje, jak chociażby Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (o czym można poczytać, wpisując w wyszukiwarce hasło „climategate”).
Do owych zmian dochodzi teoria emitowanego przez człowieka CO2, jako głównej przyczyny owego ocieplenia. Zgodnie z logiką tej teorii, jeżeli klimat by się oziębiał, należałoby zwiększyć produkcję CO2. Wydaje się dosyć uzasadnionym spostrzeżenie, że w historii na ogół przyczyniał się do tego rozwój przemysłu, na który niemały wpływ miała liberalizacja gospodarki i wolny rynek. Skoro zatem wolny rynek prowadzi do zwiększenia emisji CO2, dosyć jasnym staje się co przyczyni się do jej zmniejszenia. W taki oto sposób dochodzimy do centralnego planowania (przeciwieństwa wolnego rynku) jako recepty na globalne ocieplenie. Wszystkie elementy układanki idealnie do siebie pasują, a inżynierowie społeczni zaczynają zacierać ręce i pracować nad projektem „nowego wspaniałego świata”, w którym, podobnie jak w przypadku zwolennika maltuzjanizmu, problem leży poza zajmującymi się nim „superumysłami”. Niestety dla nich, problem leży tam, gdzie leży.
Wyłóżmy sprawę jasno: politycy oferują, że za pieniądze podatników zapewnią im usługę zatrzymania negatywnych skutków globalnego ocieplenia. Owa usługa będzie wyglądała tak, że ograniczając emisję CO2 w planowanym stopniu, zapobiegną oni dalszemu wzrostowi temperatury, przy okazji, o czym jakoś się zapomina, cofając światową gospodarkę do czasów wczesnego średniowiecza.
Patrząc na kwestię zdroworozsądkowo, na samym początku należałoby zadać pytanie, czy na pewno za globalne ocieplenie odpowiedzialny jest człowiek? Nie ma na nie jednoznacznej odpowiedzi. Instytucje naukowe, które twierdzą, że tak, są finansowane przez państwo, które dzięki ich wynikom może w sposób usprawiedliwiony realizować swoje odwieczne dążenie do zwiększania zakresu władzy. Poddaje to w wątpliwość twierdzenie o obiektywizmie badań tego rodzaju instytucji, co zdają się potwierdzać odkryte niedawno manipulacje.
Drugim nasuwającym się pytaniem jest pytanie o to, skąd pewność, że 1% światowego PKB zapobiegnie globalnemu ociepleniu i w jaki sposób uzyskano taki wynik? Z całym szacunkiem dla dokonujących obliczeń matematyków, tego typu rachunki w skali globalnej, z niemalże nieskończoną ilością zmiennych, w swej arbitralności i wartości logicznej przypominają twierdzenie Platona, że sprawiedliwy władca jest 729 razy bardziej szczęśliwy od niesprawiedliwego. Podobne pytanie można zadać o pochodzenie tajemniczych 20% światowego PKB potencjalnego kosztu w przypadku braku jakichkolwiek działań.
Ponadto politycy musieliby się uporać z problemem rozłożenia owego 1% na cały świat — najbardziej sprawiedliwym z realnych rozwiązaniem wydaje się obliczenie ilości emitowanego przez poszczególne państwa CO2 i proporcjonalne jego ograniczenie, na co nie ma zgody chociażby Chin, które zdają sobie sprawę dokąd doprowadziłoby to ich gospodarkę.
W całej sprawie najgorsze jest to, że podejmuje się działania w imię teorii, co do której poprawności nie ma pewności, dodatkowo posługując się kłamstwem i manipulacją danymi (vide: fałszowanie rosyjskich pomiarów przez brytyjski Hadley Center for Climate Change, wspomniany wcześniej „climategate”). Jeżeli globalne ocieplenie rzeczywiście spowodowane jest działalnością człowieka, dlaczego zatem fakty wydają się temu przeczyć? Może wynika to z ich wrodzonej złośliwości? A może po prostu fakty przeczące teorii same siebie stawiają w nieprzychylnym świetle? W tym momencie wystarczy jedynie odpowiednio je zmienić, jednocześnie zastraszając ludzi groźbą katastrofy klimatycznej. W ten oto sposób pseudonaukowa teoria zmienia się w nową, godną XXI-go wieku religię, której fundamentem jest wiara w niedorzeczność.
Igor Belczewski
Napisz komentarz
Pola wymagane oznaczone są *.
Posts: 2
Reply #1 on : Thu April 22, 2010, 05:56:37


Posts: 2
Reply #2 on : Thu April 22, 2010, 11:13:17