Spacer? Tylko w centrum handlowym!
Potlacz po europejsku
Plemiona Indiańskie północno-zachodniego wybrzeża miały ceremonię zwaną potlaczem, której kwintesencją była właśnie niczym nieposkromiona, bezsensowna konsumpcja. Poza tym, że była to normalna impreza, na którą spraszało się gości, których należało nakarmić i napoić, organizator ceremonii niszczył w ich obecności, jak najwięcej należących do siebie dóbr w celu podniesienia (lub zachowania) swego statusu w społeczności. Oczywiście jasne jest, że po to, aby mógł zniszczyć ich naprawdę dużo, najpierw musiał dużo posiadać. Zanim taka ceremonia mogła się odbyć, organizator musiał zgromadzić odpowiednio dużo dóbr, nie w celu korzystania z nich, lecz właśnie po to, aby następnie je zniszczyć.
W dzisiejszym świecie mamy do czynienia z sytuacją poniekąd podobną — gromadzi się dobra, ale niekoniecznie dlatego, że są potrzebne. Po pierwsze kupujemy mnóstwo przedmiotów, które są zwyczajnie zbędne, po wtóre wymieniamy je na nowe, mimo że te, które mamy, są zupełnie dobre, ale nowe są nowsze, więc zapewne także nieco lepsze.
Ten mechanizm pogoni za coraz to nowymi i lepszymi rzeczami jest kwintesencją tego, o czym mówią krytycy konsumpcji. Wydaje się jednak, że przy spełnieniu określonych warunków nie jest to znowu aż takie katastrofalne. Rzecz jasna, nie jest dobrze, gdy robi się to na kredyt, ale zjawisko samo w sobie nie byłoby takie złe — przynajmniej z punktu widzenia rozwoju gospodarki.
Ale czy to znaczy, że w ogóle nie ma problemu?
Konsumpcja bez konsumpcji
Moim zdaniem znacznie większym problemem, który może mieć, czy nawet już ma, fatalne skutki społeczne jest zjawisko, które nazwać możemy konsumpcją bez konsumpcji, czyli zwiedzanie centr handlowych. Gdyby było tak, że ludzi po prostu idą do sklepu, kupują to, co chcą mieć, a następnie wychodzą, to byłoby jeszcze całkiem w porządku. Ale co się dzieje? Ludzie idą do wielkich sklepów, po to, aby się przejść. Nie idą na spacer do parku, nie spotykają się ze znajomymi w domu czy w restauracji, nie idą na basen czy na rower, dzieci nie bawią się z rówieśnikami na dworze — zamiast tego wszyscy spędzają czas w galeriach handlowych.
Mamy do czynienia z niewątpliwą zmianą w kulturze, bo o tyle, o ile byłabym skłonna twierdzić, że chęć posiadania różnych rzeczy nie jest niczym nowym, spędzanie czasu w sklepach na taką skalę jest niewątpliwie czymś, z czym nie zetknęliśmy się dotychczas. Muszę przyznać, że jest to zjawisko, które mnie trochę przeraża. Wydaje się, że ludzie nie widzą jak można inaczej spędzić czas, że są inne miejsca do których można pójść — są muzea, galerie, są parki.
Istnieje taka teoria, że ludzie nie chodzą na przykład do muzeów, bo nie stać ich na to. Ale zupełnie nie rozumiem, w jaki sposób wyjście do sklepu, szczególnie z dzieckiem, które na widok niemal każdego przedmiotu wrzeszczy „Kup mi to!”, może być tańsze od wyjścia do muzeum. Zwłaszcza, że wstęp do większości muzeów jest, przynajmniej raz w tygodniu, za darmo.
Jednak mimo tego, że wyjście do muzeum musi być tańsze, ludzie wybierają sklep. Nie dotyczy to rzecz jasna tylko dorosłych. Ferie zimowe były doskonałą okazją do zaobserwowania, że młodzież i nawet dzieci też preferują ten sposób spędzania czasu. Jest to dość trudne do zrozumienia, bo przecież we wszystkich tych centrach handlowych jest duszno, głośno i na dodatek tłumnie (siłą faktu, skoro tyle ludzi uważa, że pójście tam to jest absolutnie najlepsze, co mogą zrobić), jednak mimo że komfort jest raczej niski — nie ma co zrobić z ubraniem wierzchnim, nie ma czym oddychać i ciągle ktoś na kogoś wpada, dzieci się gubią i generalnie jest naprawdę nieprzyjemnie — dzień w dzień tabuny ludzi walą tam drzwiami i oknami (nie dosłownie, rzecz jasna, bo przecież okien tego typu budowle nie posiadają).
Dlaczego więc mimo tego, że jest tam okropnie i mimo że kuszą tam różne rzeczy, których wszystkich przecież nie da się kupić, ludzie spędzają tam tak wiele czasu? Nie wydaje się, aby chodzili po sklepach po to, by ćwiczyć silną wolę bądź umartwiać się patrząc na to, co mieć by chcieli, a nie mogą. Jaka jest więc przyczyna tego zbiorowego szaleństwa?
Panie, oddaję ci chwałę i cześć
A może jednak szalona konsumpcja i zwiedzanie centr handlowych są jakoś ze sobą związane? Przecież potlacz miał znaczenie bez mała religijne, więc może tu jest klucz do zrozumienia problemu.
A jeśli jest tak, że ludzie wcale nie chodzą na spacer do sklepu, tylko odwiedzają świątynię boga handlu? Wydaje się, że konsumpcja przekroczyła, że tak powiem, granice dobrego smaku. Nie mamy już do czynienia, po prostu z kupowaniem nowych rzeczy — wydawanie pieniędzy jest przecież czymś naturalnym, po to one są. Tylko, że dziś kupowanie stało się religią, formą oddawania czci bogu. I właśnie dlatego ludzie zaciągają kredyty, by móc kupować więcej i więcej. Zwiedzają sklepy by móc obcować ze swoim bóstwem, oddać mu cześć i chwałę. Są jak ci indiańscy wodzowie, którzy nie mogli przestać gromadzić i kolekcjonować dóbr — z jednej strony pewnie nie chcieli, a z drugiej właśnie gromadzenia od nich oczekiwano.
I tak znaleźliśmy rozwiązanie zagadki — ludzie wcale nie chodzą do dusznych i paskudnych centr handlowych, oni chodzą praktykować coś na kształt religii i oczywiście w związku z tym są gotowi poświęcić się, ponieść niewygody czy narazić na wydatki, byle tylko uczynić zadość wymogom stawianym swoim wyznawcom przez bóstwo.
Nowe wyznania, nowe wyzwania
Jakiego jesteś wyznania? Prosta odpowiedź — pieniężnego. Nie ma nic złego w tym, że chce się mieć pieniądze i je wydawać. Tyle tylko, że „wyznanie pieniężne” nigdy nie powinno wyjść poza sferę żartów, nie powinno stać się faktyczną religią. Bo konsumpcja, o ile jest właściwie pojęta, nie jest zła. Problemy pojawiają się, gdy staje się ona karykaturą, gdy zamiast ze zdrowym mechanizmem „potrzebuję–kupuję” mamy do czynienia z nową odmianą potlaczu.
Europejski potlacz może mieć (a właściwie już ma) konsekwencje wręcz katastrofalne. Po pierwsze skutki społeczne — młodzież nie spędza czasu na świeżym powietrzu, raczy się wątpliwej jakości produktami z fast foodów, ludzie zamiast usiąść i porozmawiać, przejść się do parku czy do galerii zwiedzają sklepy. Ale oczywiście nie jesteśmy od wychowywania społeczeństwa. Tyle, że na tym nie kończą się negatywne efekty tego nowego wyznania. Bo przecież za szał brania i udzielania kredytów płacimy teraz wszyscy.
A wszystko przez to, że telefon komórkowy musi mieć wodotrysk, samochód musi rozwijać prędkość ponadświetlną, a monitor komputera powinien mieć przekątną przynajmniej 130 cali. Tylko po co? Czy naprawdę istnieje konieczność zakupu nowego telefonu, gdy stary wciąż działa? Więc może zamiast szukać jeszcze nowszego, jeszcze bardziej zaawansowanego urządzenia wielofunkcyjnego, które z jakiegoś powodu wciąż nazywamy telefonem, warto pójść na spacer albo na wystawę. Może zamiast zwiedzać nową galerię handlową dobrze byłoby spędzić sobotnie popołudnie na rozmowie z rodziną? Wydaje się, że to byłoby z pożytkiem dla wszystkich.
Zawsze twierdziłam, że nowoczesność i tak zwane zdobycze cywilizacji nie są złe, jak chcieliby niektórzy. Tak naprawdę same w sobie są one neutralne. Jeśli dobrze z nich korzystać, mogą stać się bardzo użyteczne i dobre, ale gdy robi się z nich zły użytek, to zaczynają być groźne. Centra handlowe nie się wyjątkiem — są praktyczne, ale należy pamiętać, że ze wszystkiego trzeba umieć właściwie korzystać Nie jest najlepiej jeśli ktoś do tego stopnia zachłysnął się tego typu miejscami, że uczynił z nich świątynie. Podobnie rzecz się ma z nowinkami technicznymi — nie ma w nich nic złego. Rzecz w tym, żeby zachować umiar i zdrowy rozsądek, a zanim coś się kupi przejść się chwilę po parku i jeszcze raz przemyśleć sprawunek. Bo może ta rzecz wcale nie jest nam potrzebna? Nowoczesność jest okej, tylko nie każdy wie jak ją mądrze wykorzystać — więc pamiętajmy, że po to mamy rozum aby z niego korzystać i nie dać się wciągnąć w żadne zbiorowe szaleństwo.
Anna Grabińska
Napisz komentarz
Pola wymagane oznaczone są *.
Posts: 3
Reply #1 on : Thu April 22, 2010, 05:15:32


Posts: 3
Reply #2 on : Thu April 22, 2010, 14:59:41